poniedziałek, 18 kwiecień 2011 11:03

Rzeczywiście trudno...

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam w ostatnim numerze „Psychologii Dziś” artykuł Jessego Beringa „Trudno uwierzyć w nicość”. Temat radzenia sobie z trwogą przed śmiercią, lękiem przed przemijaniem jest mi ostatnio bliski.

Nie dlatego, że dowiedziałam się o śmiertelnej chorobie kogoś z moich bliskich; na pogrzebie byłam ostatnio rok temu.

Więc skąd we mnie myśli o umieraniu? Pewnie to jest naturalne, kiedy człowiek zbliża się do połowy (a może już ją przekroczył?) życia, patrzy, jak dzieci dorastają i stają się coraz bardziej samodzielne, niezależne. Patrzy na rodziców, tak energicznych kiedyś, a dziś schorowanych, wymagających pomocy, a w przyszłości pewnie opieki. W artykule Beringa świetnie pokazane są psychologiczne mechanizmy mierzenia się człowieka z wizją śmierci.

Najbardziej zastanawiające jest to, dlaczego – choć rozumiemy, że śmierć oznacza przerwanie funkcji biologicznych – nie potrafimy uznać, że dotyczy to również funkcji psychicznych. Człowiek, istota rozumna, nie chce rozumem objąć tej najboleśniejszej kwestii, nie chce rozstać się ze swoim „ja” – nawet gdy nadejdzie kres...

Chciałabym też podzielić się refleksją, dlaczego dziś tak bardzo (chyba jednak bardziej niż kilkadziesiąt lat temu) boimy się śmierci. Moim zdaniem wpadliśmy w błędne koło: z lęku przed śmiercią zaczęliśmy usuwać ją z widoku (umierających oddaje się do hospicjów, firmie pogrzebowej płaci się za umycie ciała i ubranie do trumny, cmentarze lokuje się coraz dalej od miast...), a im rzadziej ją widzimy, tym bardziej się jej boimy.

Wychowałam się w małym miasteczku i pamiętam z dzieciństwa czuwania przy zmarłych. Miałam 5–6 lat, gdy rodzice zabrali mnie na takie czuwanie przed pogrzebem wujka. Leżał w otwartej trumnie, w pokoju było wiele dzieci i ich obecność uznawano za coś oczywistego, naturalnego.

Dzieci były zabierane na wszystkie pogrzeby w rodzinie i nikt nie uważał, że to wpłynie niekorzystnie na ich psychikę, że będą miały potem koszmary senne. To było oswajanie śmierci – na tyle, na ile to możliwe. 

Michalina