środa, 01 wrzesień 2010 00:00

Nauka akurat modna

Nauka - podobnie jak moda - jest zjawiskiem społecznym. Badacze deklarują wprawdzie swoją niezależność i odporność na naciski w dążeniach do poszukiwania prawdy, jednak... rzeczywistość wcale nie jest taka różowa.

Na ulicach wielkich miast, w modnych kurortach pojawili się trend-setterzy. Uważnie obserwują stroje ludzi, najchętniej osób znanych i popularnych, także uczniów i studentów prestiżowych uczelni lub szkół średnich. Dzięki trend-setterom projektanci i producenci odzieży dowiedzą się, co się obecnie nosi, a co należy uznać za obciach.
Zjawisko obserwacji mody istnieje od dawna, niemniej jednak dawniej ludzie obserwowali modę niejako na własny użytek. Teraz aktywność tego typu stała się dobrze opłacaną profesją, na pierwszy rzut oka łatwą i przyjemną, ale de facto trudną i wymagającą.

W nauce także występują mody, w nauce także działają trend-setterzy, choć część procesów ma tu oczywiście charakter żywiołowy. Analizy naukoznawców, między innymi polskiej badaczki Marii Nowakowskiej, wskazują, że zainteresowanie badaczy pewnymi tematami rozprzestrzenia się analogicznie jak epidemia. Początkowo jakiś problem podejmują nieliczne i izolowane grupy, potem liczba badaczy zajmujących się tym problemem rośnie w sposób wykładniczy.

Problem staje się – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – trendy. Organizowane są specjalne konferencje i sympozja, powstają nowe towarzystwa naukowe i nowe periodyki. Po pewnym czasie przestają pojawiać się jednak nowe przypadki zarażenia danym tematem, ponieważ liczba tych, którzy mogliby się nim zarazić, jest coraz mniejsza. U części wcześniej zarażonych pojawia się odporność.

W tym momencie może pojawić się nowe ognisko zakażenia – czyli nowy problem, który zaczyna interesować coraz większą liczbę badaczy. Cały cykl powtarza się od początku. Po jakimś czasie i ta dziedzina zostanie lepiej poznana. W efekcie pewne dziedziny są bardzo dobrze poznane i przebadane, natomiast o innych niewiele wiadomo.

Obecnie jesteśmy świadkami wybuchu kolejnej epidemii. Jest ona związana z próbami wykorzystania osiągnięć psychologii w marketingu, a także z powstaniem dwóch nowych dziedzin z przedrostkiem neuro-: neuromarketingu i neuroekonomii. Badania prowadzone w tych dziedzinach – jak pokazują autorzy tekstów zamieszczonych w tym numerze „Psychologii Dziś" – pozwoliły zebrać bardzo wiele danych wskazujących na to, że dawna koncepcja homo economicus jest niewystarczająca.

Ów homo przy podejmowaniu decyzji kierował się rozumem, a spośród różnych opcji wybierał tę, która przynosiła najwięcej korzyści. Badania pokazują jednak, że ludzie nie podejmują decyzji w sposób racjonalny, że posługują się licznymi drogami na skróty, że ważne decyzje podejmują pod wpływem chwilowego impulsu, niedostępnego świadomości. Co więcej, bodźce, którymi kierują się przy podejmowaniu decyzji konsumenckich, znajdują się na peryferiach uwagi. Tego typu wyniki uzyskano między innymi w badaniach wykorzystujących techniki neuroobrazowania, pokazujących pracę mózgu w sposób nieinwazyjny.

 Koszty tych badań są bardzo wysokie, ale są one finansowane przez świat biznesu. To skłania wielu badaczy do szczegółowej analizy zachowania ludzi w pewnej tylko części ich życia – podczas aktywności konsumenckiej. Naukowcy z tego nurtu zachowują się jak klasyczny homo economicus – badają to, na co można zdobyć fundusze. Trudno się zatem dziwić, że sprawdzane jest np., w jaki sposób kształtuje się aktywność mózgu podczas oglądania reklam telewizorów Bravia i jakie części tych reklam wywołują największe pobudzenie emocjonalne. Zapewne znacznie mniej badań przeprowadzono na temat aktywności mózgu w czasie przyswajania sobie wiedzy zawartej w podręczniku. Ministerstwo Edukacji Narodowej nie dysponuje funduszami na takie badania.

Trend-setterzy dostrzegli, co tak naprawdę potrzebne jest współczesnemu społeczeństwu: rozrywka i beztroskie życie, a nie jakieś nudziarstwa w podręcznikach. Wszyscy oczywiście zaprzeczają działaniu trend-setterów, ale nauka przestała być niewinna: coraz rzadziej zdarza się sytuacja, o której śpiewał swego czasu Stanisław Sojka „Są na tym świecie rzeczy, których nie można kupić".Liczę jednak na to, że trochę ich zostało.

prof. Tomasz Maruszewski